Zawsze uważałem się za osobę samoświadomą. Za osobę, która wie gdzie się znajduje; która wie jaka jest jej sytuacja; która zdaje sobie sprawę ze swoich problemów; która… itd. itp.
Oh! Jak bardzo się myliłem…
Jak bardzo nie wiedziałem w jak głębokiej dupie jestem.
„Nie widziałem” to złe stwierdzenie. „Nie zdawałem sobie z tego sprawy” jest znacznie lepsze.
Dopiero kurs „Mental health first aid” uświadomił mi, że tak na prawdę, gówno wiedziałem.
Finito la musica, basta!
Mój świat się posypał i odbudował (poniekąd) w dwa dni.
Ten kurs pokazał mi, że mam więcej problemów niż myślałem, ale dał mi też narzędzia do ich pogromienia.
Jedną z nich jest autoterapia.
Kiedyś pisałem kiedy mialem problem, kiedy świat dawał mi w kość, kiedy nie byłem w stanie poradzić sobie sam ze sobą, kiedy wszystko mnie przerastało.
Nie było tego mało o czym świadczy mnogość napisanych tekstów. Czasem artykułów, czasem wierszy, czasem przytoczeń dialogów. Czasem bajań.
Teraz patrzę na to z perspektywy kursu i widzę. To była moja metoda radzenia sobie ze stresem i emocjami. To była moja metoda odreagowywania, zrzucenia z siebie wszystkiego.
Nastały czasy w moim życiu, kiedy byłem szczęśliwy. Kiedy nie potrzebowałem pisania, żeby odreagować. Przestałem.
Nie mialem o czym pisać, wiec nie pisałem. Nie pisałem o życiu codziennym, bo zawsze wydawało mi się to, poniekąd nudne, poniekąd zwyczaje i w sumie takie nijakie. Zwyczajne życie jest nudne. Praca – dom i tak do zdechu. Dzień w dzień.
Pierdolony wyścig szczurów, którego tak bardzo chciałem zawsze uniknąć.
Przestałem pisać i z biegiem czasu stało sie to dla mnie coraz trudniejsze. Nieliczne momenty, kiedy wracałem obarczone były zawsze silnymi emocjami. Wyznanie miłości, smierć kumpla, smierć drugiego, żal o kłótnie.
Cztery, może pięć tekstów w przeciągu niemal dekady.
Stres dnia codziennego odkładał się gdzieś tam we mnie. Ale każde naczynie ma swoją pojemność. I z każdego może sie przelać. Z mojego sie przelało.
Nie jestem ekstrawertykiem, wręcz przeciwnie. Mam tendencje introwertyczne.
Niejednokrotnie powtarzałem, ze nie lubię ludzie i nie lubię z nimi przebywać. Nie czuje się komfortowo w towarzystwie osób, których nie znam i bardzo trudno jest mi nawiązywać nowe znajomosci. Jest mi trudno mówić o tym co czuje.
Duszę w sobie.
Usilne próby wyrzucania z siebie na bierząco spotykają sie z niezrozumieniem, z reakcjami obronnymi, z postrzeganiem mnie jako wroga numer jeden.
Dyskusja o problemach sprowadza sie najczęściej do monologu o czyichś problemach.
Słucham i nie przerywam. Nie potrafię. Sam sie usuwam na drugi plan.
Raz na jakiś czas wybucham, a to zawsze powoduje więcej zniszczeń niżbym chciał.
Pisanie pomagało.
Zastanawiam sie, czemu tak długo zwlekałem do powrotu. Zawsze znajdowała sie jakaś wymówka. Nie mam pióra, nie mam notesu, nie mam tabletu, zapomniałem hasła, laptop jest rozładowany, nie wiem jak zacząć, nie wiem o czym napisać, po dwóch zdaniach kończy mi sie wena, nie wiem czy to zdania kiedyś rozwinę….
Kiedyś wystarczała mi kartka z notesu i ołówek pożyczony od kogoś na biegu. Potem nie rozstawiałem sie z zeszytem i długopisem. Łapałem myśli na każdym kroku. Czasem je rozwijałem, czasem porzucałem.
Pisałem.
Mam zamiar pisać znów.